„Gawęda o spóźnionej miłości” (Karpacz 1996, Wrocław 1997) Tadeusz Różewicz




Karkonosze powstawały 
w okresie kaledońskich 
ruchów górotwórczych 
ja ujrzałem światło dzienne 
9 października 1921 roku

Skąd się tu wziąłem?
z Radomska
urodzony pod znakiem Wagi
uformowany
w okresie ruchów totalitarnych
przeszedłem przez
ogień powietrze wojnę

przez lasy nad Wartą i Pilicą
przez Kraków Gliwice Wrocław
przez siedem gór i siedem rzek
i tak wędrując po matce ziemi
po pięknej błękitnej planecie
nad którą unosi się czerwony Mars
i Saturn w tysiącu pierścieni 
doszedłem do Gór Olbrzymich
na uliczce prowadzącej do
Muzeum Sportu i Turystyki
trafiłem na ślad

ślad jej stopy
ślad uśmiechu
ślad ręki

(...) 
at the street leading to
the Sports and Tourism Museum
in Karpacz
I found a trace of Wanda
her footprint
her handprint
her smile print
(...)

'Dziękuję za miłe uhonorowanie
mojego wejścia na MT. EVEREST
wystawą, która przygotowana została
tak bardzo serdecznie przez Muzeum Sportu i Turystyki
Wanda Rutkiewicz
Karpacz, 27 X 1979'

( ”Thank you for nice honouring 
of reaching the top of Mount Everest by me 
by the exhibition that has been prepared 
so great by the Sports and Tourism Museum”
Wanda Rutkiewicz  )

przed laty
przeglądając poranna gazetę
dowiedziałem się
że kobieta z Wrocławia
zdobyła Mount Everest

przy innej sposobności
przeczytałem
(w "Przekroju? "Panoramie"?)
krótki
wierszyk pióra Wandy

pamiętam że chciałem

do niej zadzwonić zapytać
co skłoniło Wspaniałą
Kryształową Górę
do urodzenia myszki
ale nie starczyło śmiałości
może dlatego że w dzieciństwie
zdobyłem tylko "psią górkę"
koło Radomska (25 metrów)
i "kocią górę"
w sosnowym lasku
koło Gabrielowa

dopiero po jej śmierci
zadałem to pytanie
uśmiechnęła się i powiedziała
otwierając oczy
- a pan? Panie Tadeuszu
dlaczego Pan pisze wiersze
- ja? ja nie wiem

ulicami Wrocławia
płynęły rwące górskie
strumienie rzeki potoki
w brudnym lustrze wody
które wznosiło się i opadało
stały kościoły teatry domy
ludzie na dachach
machali białymi niebieskimi
czerwonymi płachtami
państwo Gucwińscy budowali arkę
dla swoich zwierząt
ratowali słonie żyrafy lwy i motyle

śmigłowce unosiły się
nad wodami

w parku Szczytnickim
w zatopionym japońskim ogrodzie
chwyciłem Wandę
za rękę
przepraszam! A Pani dokąd
spieszy - a wiedziałem już
że śpi snem wiecznym -
machnęła ręką
- ja? idę na Mount Everest
a po drodze
na Maternhorn Nanga Parbat
Annapurnę...
potem wejdę jeszcze
na Kangczendzongę...
- ale to bardzo wysoko
Powiedziałem
- to tylko 8586 metrów
powiedziała
z zagadkowym uśmiechem
- ale Pani nie zabrała ze sobą
ani śpiwora ani zapasu jedzenia
(a wiedziałem już że ona umarła)
ani maszynki do gotowania
a ta płachetka
ten kolorowy namiocik
jest dobry dla dzieci
można go ustawić
w ogródku działkowym
pod jabłonką
koło grządki z marchewką
koperkiem pietruszką
niech Pani odpocznie
powiedziałem z troską
kto to widział! żeby chodząc o kulach
skakać po górach
"korona Himalajów" poczeka
na panią
- "potrzebne jest mi poczucie
zagrożenia i to takiego,
którym mogę sterować"
- niech pani zostawi w spokoju
Kanczendzongę... przecież
tego nawet wymówić nie można...
zapiszemy panią do związku literatów
urządzimy pani wieczór poetycki
przy świecach przeczyta pani wierszyk
wyda tomik otrzyma wyróżnienie
zostawi ślad stopy
na skale Kaliopy
Wanda rozejrzała się
po świecie i powiedziała do siebie
- nie stał się jeszcze dla mnie
towarzyszem liny... nie może zrozumieć

25 maja 1992 roku
doszła do kraju wiadomość
że Wanda Rutkiewicz
zginęła w Himalajach

III

siedziałem w muzeum zabawek

w domku lalek panował ruch
nakrywano do stołu
ktoś grał na pianinie
zegar wybijał godzinę
porcelanowy kotek lizał łapę
na palcach weszła Wanda
stanęła przy kaflowym zielonym
piecu
grzejąc skostniałe ręce
zapytałem szeptem
co ją skłoniło do powrotu 
na naszą dolinę łez
i odpowiedziała mi
mówiąc
"czasem myślę, że wspinam się dlatego,
aby przekonać się, 
jaka droga jest mi
nasza szara codzienność.
Wracając poznaję, jak smakuje
kubek gorącej herbaty;
po dniach pragnienia,
sen po wielu nieprzespanych nocach,
spotkanie z przyjaciółmi
po długiej samotności
cisza..."

myślałem o życiu i śmierci
i zobaczyłem jej oddech
który
połączył się z oddechami
żywych
ludzi zwierząt drzew i kwiatów

zamek z lodu
wyparował
wieczne śniegi ruszyły się
szklana góra
spływała w dolinę
cichym strumieniem

do muzeum weszła kolorowa
grupa dzieci i wykipiała
wypełniając śmiechem i krzykiem
małe uliczki mieszkania lalek
i ciszę
wyszedłem z uśmiechem
na zalaną słońcem ulicę

przez mgnienie oka
zdawało mi się że zrozumiałem
upływanie czasu i życia
że poznałem drogę
do wnętrza matki ziemi
do śmierci
matki matek
rodzaju ludzkiego

szliśmy wzdłuż strumienia
i ja widząc że ona już była
umarła
zawołałem do niej po imieniu

a ona idąc dalej obejrzała się i
położyła palec na ustach

 

 

The URI to TrackBack this entry is: https://poezjaskal.wordpress.com/2009/05/14/gaweda-o-spoznionej-milosci-karpacz-1996-wroclaw-1997-tadeusz-rozewicz/trackback/

RSS feed for comments on this post.

One CommentDodaj komentarz

  1. Autor często bywał w Karpaczu. Uwielbia góry nic dziwnego że Gawenda powstała.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: